Wczoraj byliśmy na pierwszej wizycie u lekarza z Pyśką. Przytyła pół kilo od wyjścia ze szpitala i teraz waży 3,56 kg. Czyli mniej niż nasz kot ;-) W sumie myśleliśmy że więcej jej przybędzie bo je jak oszalała.
A ja walczę o pokarm ... Prawie zanikł. Bobas w tej chwili karmiony jest już praktycznie tylko butelką bo ja nie mam pokarmu :-( Ryczeć mi się chce ale wiem, że załamywanie się tylko pogorszy sprawę, bo psychika jest tutaj bardzo ważna. Pyśka na jeden raz potrzebuje ok 60-100 ml mleka. Tyle zjada, żeby się najeść. Ja ściągałam sobie pokarm wczoraj i udało mi się ściągnąć jednorazowo 20 ml. Jak tym nakarmić noworodka. Koszmar!!!
Mąż kupił mi herbatki mlekopędne Hipp, popijam tez piwo karmelowe polecane przez położne. I przystawiam bobasa do piersi co dwie godziny, żeby pobudzić laktację. Ciężko, bo Pyśka chwilę possie a potem się wścieka że nic nie leci. Widać że butelki ją już zepsuły. W jedzenie z butelki nie trzeba wkładać prawie żadnego wysiłku, wystarczy przechylić i prawie samo leci. Przy piersi jednak trzeba się trochę postarać. Pyśka się już rozleniwiła i szybko się wkurza. A przy tym wkurzeniu strasznie mnie szarpie. Wszytko mnie boli.
Ale będę walczyć o pokarm bo wiem, że warto!!!
Bardzo podniosła mnie dzisiaj na duchu moja mama. Gdy urodziła mnie, a poród miała strasznie ciężki i z komplikacjami, wysłali ją na miesiąc do sanatorium. Przez miesiąc mnie nie karmiła, ściągała sobie tylko pokarm a mnie w domu tata karmił butelką. Po miesiącu gdy wróciła, laktacja u niej praktycznie zanikła a ja nie umiałam ssać piersi. Ale przystawiała mnie cierpliwie do piersi bardzo często, piła różne zioła mlekopędne i po pewnym czasie pokarm wrócił w takich ilościach że , jak to określiła "lało jej się po nogach" ;) Więc, ja wierzę że u mnie jeszcze nic straconego ......
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz