Ufff my już po zabiegu na oczku - przetykanie kanalików. Nie było to aż tak straszne jak się początkowo wydawało. Myślę, że cały krzyk niemowlęcy bierze się przy tym bardziej ze strachu niż z bólu.
Położyli ją na łóżku, zawinęli całą w prześcieradło, żeby skrępować nóżki i rączki, pochyliły się nad nią dwie zupełnie obce panie w strasznych powiększających okularach i przyświeciły lampą w oczy. Już samo to było dla niej potwornie przerażające. Milenka zaczęła płakać gdy tylko Pani doktor zaświeciła jej w oko lampą i takim samym płaczem płakała przez te ok 3 minuty ile trwał zabieg. A uspokoiła się w sekundzie po tym gdy wzięłam ją na ręce.
Ulżyło mi że jesteśmy już po. Od rana byłam strasznie zestresowana. A za oknem leje i stan przedpowodziowy w Krakowie. Rano totalny paraliż miasta. Dojazd do szpitala zajął nam 2 i pół godziny. Tą samą trasą ale około południa wróciłyśmy w 35 minut. Miałam takie momenty na trasie, że zastanawiałam się czy ja tam w ogóle dzisiaj dojadę, czy jest sens się pchać w stojące miasto, może lepiej wrócić do domu i zmienić termin wizyty na bardziej korzystny. Ale na szczęście ze wszystkich zakorkowanych ulic wybrałyśmy najmniejsze zło i zdążyłyśmy 5 minut przed czasem. Pani w rejestracji powiedziała, że połowa pacjentów dzisiaj nie dojechała. Mój mąż wybrał inną drogę niż my i do pracy zamiast w 45 minut dotarł po 3 godzinach. Niezła masakra ......
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz